Dzięki Bogu, Lou i Niall. Właśnie wysiadają z auta bruneta. Słyszę tylko jak obaj się na niego drą, najwyraźniej grożą, poza tym Nialler strzelił go w pysk, a Lou dał mocnego kopniaka między nogi, po czym uciekł. Oboje w pośpiechu weszli do środka.
-Nic Ci nie jest?- pyta zdezorientowany brunet
-Mi się na szczęście nic nie stało, gorzej z szybą w salonie - oboje odchodzą w kierunku salonu i coś między sobą szepczą.
-Zostać z Tobą dopóki nie przyjedzie Harry?- pyta blondyn.
-Tak, proszę. Nie chcę być tu sama. Może wrócić - pojedyncza łza spłynęła po moim policzku. Nagle podchodzi do mnie Niall i mnie obejmuje.
-Nikt nigdy nie skrzywdzi mojej małej siostry. Nikt.- wytrzeszczam oczy i patrzę na niego z niedowierzaniem.
-N-niall? O czym Ty mówisz?
-Harry opowiadał mi o Tobie. Urodziłaś się w LA, prawda?
-No tak.
-Wychowywali Cię Allyson i Dan Woodley, masz przybranego brata Matthewa Woodleya.
-No tak.
-Lily, nie ma innej opcji. Wiem tyle o Tobie. Mama opowiadała mi jeszcze że jestem półtora roku starszy. Kiedy masz urodziny?
-Sylwester..
-Lily, to się wszystko zgadza.
-Boże, nie umiem uwierzyć - po chwili przychodzi Louis i psuje tą piękną chwilę (xD).
-Harry już jedzie. Sorry Lily, ale musiałem. Jego dom, powinien wiedzieć - i właśnie w tym momencie, przez drzwi wbiega Hazz, rzuca swoją czarną aktówkę na kanapę i mnie przytula.
-Nic Ci nie jest skarbie? Nie zostawię Cię już..
-Harry, chodź to zobaczyć. Nie jest to aż taka duża szkoda, ale..
-Louis, dzwoń po prostu po ludzi, niech to naprawią. Nie mam teraz na to czasu, muszę się zająć swoją kobietą - ciągnie mnie za sobą na górę. Gdy wreszcie weszliśmy na piętro, bierze mnie na ręce i zanosi do sypialni.
-Miałeś być w pracy.
-Nie zostawiłbym Cię samej po czymś takim. Jeszcze raz tu przyjdzie, to tak dostanie po łbie, że nigdy się już nie obudzi.
-Nie byłabym sama, bo..
-..Louis i Niall by z Tobą byli i pilnowaliby Ciebie. Znam tę gadkę Lil. Pomyślałem że może pojedziemy na zakupy? Mieszkasz tutaj już ponad dwa tygodnie, a ja Ci jeszcze nic nie kupiłem.
-Ale ja nic nie potrzebuję Hazz..- leżę na łóżku, natomiast on trzyma moje nadgarstki i nade mną "wisi". Patrzymy sobie głęboko w oczy. Przystojniak. Cały mój. Tylko mój.
-Ubieraj się, idziemy - pomaga mi wstać. Teraz to on siada na łóżku i ogląda uważnie każdy mój ruch.
-A Ty nie masz zamiaru się przebierać?
-Po co?
-Bo nie chcę by laski patrzyły na Ciebie jak urojone, przez Twój urok.
-Oj Ty moja zazdrośnico- obejmuje mnie od tyłu w tali, po czym skrada całusa. Jak ja go kocham- Pamiętaj. Jesteś TYLKO moja i tak będzie do końca świata. Nie chcę nikogo innego - schodzimy powoli po schodach. Hazz zaprowadza mnie do swojego czarnego Jeepa, po czym wyjeżdża z garażu.
-To dokąd jedziemy?
-Jubiler. Chciałabym kupić sobie nową zawieszkę do łańcuszka.
***
-A może ta? - ta babka w sklepie ciągle przynosi mi coś nowego. Ona nie rozumie, że chcę po prostu zawieszkę, taką, jaką zgubiłam przyjeżdżając do Londynu?
-Strasznie droga jest- odpowiadam.
-Niech pani da te najdroższe, pieniądze to nie problem - dla Ciebie Hazz. Ja aż tak bogata nie jestem. Położyła przede mną pudełka z tysiącami zawieszek.
-A może weźmiesz sobie złote L, skarbie?
-A może wezmę sobie złote H, skarbie?
-Żartujesz.
-Mówię całkiem poważnie. Tę poproszę- zwróciłam się do kasjerki i zajrzałam do portfela. Cholera. I skąd ja wezmę teraz 300 funtów?
Przecież nawet tyle mi nie zostało.
-Co Cię dręczy kochanie?
-Nie mam tyle kasy.
-Przecież wiesz, że to co moje to i Twoje. W ogóle nie ma opcji, że Ty miałabyś sobie to sama kupić- zapłacił, po czym wyszliśmy ze sklepu.
***
-Gdzie Ty jedziesz Hazz?
-Na to samo zadupie z którego próbowałaś mi uciec Lil - jak on się bosko śmieje.
-Harry..
-Co jest Lil?
-Jest piątkowy wieczór, jestem słaba po całym dniu. Musiałam dzisiaj chodzić przecież po tych wszystkich urzędach...
-Oj no ni marudź. Nie jest tak źle- parkuje i próbuje pomóc mi wyjść z auta. Chwyta mnie za rękę i prowadzi w stronę lasu.
-Mówiłem Ci już że Cię kocham?
-Mówiłeś mi o w ciągu ostatniego tygodnia chyba codziennie.
-Bo jesteś dla mnie najważniejszą osobą na świecie.
-Siema stary. Cześć Lily- mówi jak z moich doświadczeń wynika, Zayn -Chcesz zapalić mała?
-Mam już swoje - wyciągam i pokazuję mu czerwoną paczkę papierosów.
-Kiedy tyś to kupiła?- jęknął Hazz
-Wtedy kiedy nie widziałeś.
-Jesteś pewna?
-W 100%.
-Mała! Cześć Hazz - Louis. Nie będę mówić już o nim jako o idiocie, bo tydzień temu mi życie uratował.
-Hej Louis - serio? Nie ma ani Pezz ani Spoh? Katy czy El? Cooo? Ja tu mam być z nimi sama?! ughh
-Gotowa na jutrzejszą akcję mała?
-Jasne- uśmiecham się
-To najpierw nauczysz się strzelać. Chodź za mną. Nialler, dawaj broń- blondyn podrzuca mu czarny pistolet - Patrz. Ściskasz, tutaj, chwytasz tu i oddajesz strzał. Ok? Masz całą serię. Spróbuj jak najwięcej strzelić w jedno miejsce - Wskazuje na drzewo - Dasz radę?
-Nie zrobię tego. Boję się.
-Nie masz czego Lil- Harry podchodzi do mnie i przyklęka przy mnie. Z obu stron obejmuje moje ręce swoimi ciepłymi dłońmi - Popatrz. Trzy kroki. Chwytasz, przeładowujesz i strzelasz. Nic prostszego. Spróbuj.- Zamykam oczy i...strzelam.
-Mój Boże! Lil!
-Co się stało?!
-Bardzo dobrze strzeliłaś! Ponad połowę w jedno miejsce! - oddaję broń mojemu bratu i udaję się w kierunku Harry'ego.
-Nie chcę strzelać.
-Sprzyda Ci się to. Dlaczego?
-Nie umiem znieść myśli, że mogę kogoś zabić, a w zamian zabiją później mnie lub Ciebie.
-Nie zabiją.
-Skąd masz pewność?
-Bo gdy nawet zabiją, nie zabiją miłości która nas łączy kochanie...



